wtorek, 31 sierpnia 2010
Przewodniczący Śniadek zarzut upolitycznienia współczesnej „Solidarności” ripostuje faktem, że Wałęsa też się w politykę mieszał. Jest dla mnie zatem oczywiste, że lider NSZZ-tu na władzę ma chrapkę i nie próbuje tego nawet ukrywać. Nie on jeden zresztą. Oto mamy Karola Guzikiewicza, wiceszefa „S” w Stoczni Gdańskiej (bardziej znanego ze spalenia kukły Premiera w 2009 r.), który drżącym z oburzenia głosem gani Strycharską za własne zdanie, Tuska za prowokację a Wałęsę za... ciężko powiedzieć co. Chyba za zarobki, za siedemset tysięcy, które „Lechu wziął z budżetu Państwa za parę medali”. Jednocześnie, jak na rasowego polityka przystało, zapytany o własne wynagrodzenie za pracę recytuje błyskawicznie na wydechu: „dwaipółtysiącazłotychnarękęitonieprawdacopisząwinternecieżetrzynaście”, a wzmiankę o zarzutach prokuratorskich dot. czynnej napaści na funkcjonariuszy (z petardą w dłoni) kwituje: „To trzeba jeszcze udowodnić”. * * * * * Coraz bardziej dociera do mnie, że współcześni liderzy „Solidarności” mają fajnie, że hej. Sprawują pieczę nad rządem dusz, dusz niewykształconych i leniwych społecznie, takich, którym nie chce się myśleć samodzielnie, którym wystarczy do szczęścia pilot od telewizora i megahit na Polsacie. Piszę tu o ludziach, dla których nie istnieje świat poza koniuszkiem własnego nosa, o pieniaczach, nieodpornych na demagogię, o tych, którzy podnoszą larum nie z przekonania, lecz dlatego, że inni też krzyczą. I takim to legionem dowodzą rozmaici Śniadkowie tego kraju. Zostają obdarzeni zaufaniem przez tych, którzy z radością cedują na nich odpowiedzialność za własny los, bo tak łatwiej, wygodniej i nie trzeba myśleć. I zarządzają Śniadkowie najlepiej, jak umieją; na początku z poczuciem misji, pasją i ofiarnie. Prędzej czy później jednak potrzeba zadbania o własne interesy podnosi łeb i zaczyna syczeć. Przeodziewają się zatem liderzy z kufajek i kasków w źle skrojone garnitury, przyzwyczajają się do makijażu telewizyjnego i próbują kupić sobie poparcie reszty społeczeństwa. A gdy się nie bardzo udaje – wracają Śniadkowie na Stocznię i ze zdwojoną energią leczą niepowodzenie oskarżając naród i władzę o znieczulicę a nawet niechęć do ludu pracującego. A legion słucha z otwartą gębą i krew się w nim gotuje, że krzywda go spotyka. I czuje wdzięczność w sercu, że tacy Śniadkowie istnieją, że bronią legionu przed wstrętnym społeczeństwem, które się najwyraźniej robotnikiem brzydzi. I z tej wdzięczności i żalu pójdzie legion za Śniadkami, będzie protestować, rzucać petardy, palić kukły i skandować to, co mu każą. I gwizdać, o tak, gwizdać. I jeszcze krzyczeć: „Tu jest Polska!” - profilaktycznie i jak najczęściej, bo zawsze jest dobry moment, żeby przypomnieć, gdzie mieszkamy. A Śniadkowie, sól tej ziemi, rosną w siłę. Lokalnie, ale zawsze. Brylują w mediach nadrabiając braki w słownictwie flagowymi hasłami, które – zamiast coś znaczyć - głównie brzmią. Podjudzają i wichrzą w imię własnego, dobrze pojętego interesu. Z historią doklejoną do życiorysu ferują wyroki: kto jest z nami, a kto przeciwko nam. Podnoszą rękę na historię, obrażają przywódców i sygnatariuszy Porozumień Sierpniowych, odmawiają im zasług. Bo mogą. Po pierwsze: dlatego, że legion jest ciemny i można mu wmówić. Po drugie: dlatego, że przyspawani do populistycznego PiS-u są nietykalni. Wiedzą, że Najjaśniej nam Panujący Prezes Jarosław nie da im zrobić krzywdy. Z wdzięczności robią więc za pisowskie bojówki, z tym, że nie osobiście. Bo od tego mają przecież legion. Naprawdę dobrze być Śniadkiem. Odzianym w gajer, skropionym obficie Farenheitem, z upudrowaną do telewizji łysinką mówiącym o sobie „Stoczniowiec”. Szczególnie, kiedy się na tej stoczni nie trzeba zbyt często pojawiać. Bo przecież władanie legionem zobowiązuje. |
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Do śmiacia
Obowiązkowo przed snem
Walę czołem o trotuar
|